Marcin Wicha
Perpetua
Wzornik czcionek Doświadczalnej Oficyny Graficznej, opracowany w 1974 roku przez inż. Henryka W. Piekarniaka, pierwszego jej kierownika. pobierz PDF
Chyba byli po imieniu, ale opowiadając o Profesorze, nie pozwalał sobie na poufałość. Wielka litera służyła za przedimek określony. Oznaczenie wyrazu jedynego w swoim rodzaju *Leon Urbański był Mistrzem i Mentorem, ale nie był profesorem. Na Wydziale Grafiki warszawskiej ASP w latach 1978–1983 prowadził Pracownię Projektowania Typograficznego, a w roku akademickim 1982–1983 kierował też Katedrą Kształcenia Podstawowego. W przewidzianym czasie nie zrobił przewodu habilitacyjnego więc w 1983 odszedł z wydziału (zobacz katalog wystawy Lucem dabit atra fuligo. Światło dała czarna sadza str. 13 w rozdziale Doświadczalna Oficyna Graficzna i Mistrz Leon Urbański – przyp. DB.
Nie należał do gromadki asystentów, z których każdy poszedł własną drogą. Pozostał kimś więcej: wychowankiem, pomocnikiem, osieroconym Sancho Pansą. Zecerem. W nekrologu miał napisane: uczeń Profesora. Tak jak się pisze, że ktoś walczył w Powstaniu lub poświęcił życie przemysłowi spożywczemu *W nekrologu napisano "uczeń i współpracownik Leona Urbańskiego", patrz tekst Krzysztof Jerominek – przyp. DB.
Niewykluczone, że kiedyś go widzieliście. Przez pewien czas zaliczał się do charakterystycznych postaci warszawskiego Krakowskiego Przedmieścia. Ludzi, których widujecie podczas studiów. Mija dwadzieścia lat, akurat załatwiacie coś w okolicy i znów dostrzegacie ich sylwetki. A potem, któregoś razu już nie.
Powiedziałbym, że przypominał Hagrida, ale to było, zanim nakręcili filmy o Harrym Potterze. Zresztą był drobniejszy. Niewysoki. Kiedy go poznałem, sądziłem, że przypomina jakąś postać namalowaną przez Rubensa. Brodatego Bachusa, rozbawionego Flamanda, kogoś w tym rodzaju.
Mógłby jechać na beczce. Popijać z antałka, biesiadować – szynkareczko, szafareczko – w pogodnym świecie, gdzie nikt nie wpada w alkoholizm, nie zawala terminów, nie potrzebuje klina.
Nosił imponującą brodę. Broda działała jak tarcza. Zza brody można było nie zauważyć oznak starzenia. Kiedy spotkałem go po raz ostatni, poruszał się z trudem. Wymienił nazwę choroby krążenia czy naczyń, jedną z tych nazw, na które trafiamy w dodatku Zdrowie („co roku tysiące Polaków zapada na”) i pospiesznie przewracamy stronę.
Dawno temu pokazał mi drukarnię w małym budynku przy bramie na Akademię. Wszystko objaśnił i pomógł złożyć kilka tekstów *To Drukarnia Wydziału Grafiki ASP, w trakcie studiów autora Jerominek nie był jej pracownikiem (był w latach 1978–1983, gdy na Akademii wykładał Leon Urbański), tylko przyjacielem i klientem, a Pracownię Typografii na Wydziale Grafiki prowadził Lech Majewski – przyp. DB.
Powiedział, że nie rozświetla się minuskuły. Pokazał, że wszystkie spacje, interlinie, akapity to tylko kawałki metalu, srebrne blaszki, welinowe papierki wetknięte pomiędzy czcionki. Żelastwo *Jeżeli można tak nazwać stop drukarski składający się głównie z ołowiu, antymonu i cyny – przyp. DB, które zmienia się w białą przestrzeń marginesów.
Wzornik czcionek Drukarni Wydziału Grafiki warszawskiej ASP wykonany w ramach praktyk studentów III roku w roku akademickim 1974–1975. W środku: Półtawski, Modena, Excelsior, Plantin, Perpetua, Marschal, Paneuropa, Baccarat, Rex, Blok Ściągły i Ciężki. W Drukarni był też zestaw afiszowych drewniaków, w których się kochaliśmy (wzornik i podpis moje. Dobrochna Badora, studentka Wydziału w latach 1984–1989)
pobierz PDF
Wyjaśnił, że układ kaszty odpowiada częstotliwości występowania danej litery. Najpopularniejsze znaki muszą być pod ręką, więc zajmują duże przegródki z przodu i na środku szuflady. Reszta podpiera ściany. I zaraz dodał, że schemat warszawskiej kaszty odpowiada częstotliwości znaków, ale w języku rosyjskim. Drobna niewygoda pozostawiona przez czasy zaborcze.
Podarował mi wzornik pism drukarskich *Tekst ilustrujemy wzornikami czcionek: Doświadczalnej Oficyny Graficznej (o którym pisze autor) oraz Drukarni Wydziału Grafiki ASP. Oba z lat 1974–1975 – przyp. DB. Mam go do dziś. Projekt Profesora *Redakcja przeprowadziła śledztwo w sprawie. Leon Urbański był pomysłodawcą, zaprojektował i złożył go prawdopodobnie Jerominek, opracował Henryk W. Piekarniak, patrz Katalog wystawy DOG na Saskiej Kępie str. 14 w rozdziale Doświadczalna Oficyna Wydawnicza i Mistrz Leon Urbański – przyp. DB. Arcydzieło w dziedzinie wzorników. Grube, prawie kwadratowe karty podziurkowane i połączone za pomocą białej sprężyny. Stał za tym sprytny pomysł: w miarę rozwoju drukarni kart miało przybywać. Skończyło się na zamiarach. Typograficzny hall of fame nie zaludnił się nowymi postaciami. Zostało te kilkadziesiąt stron. Garstka krojów. Nazwy jak z powieści fantasy: Plantin, Perpetua, Paneuropa. I jeszcze wesoły zabijaka Baccarat.
To przychodzi z wiekiem. To jak wyrabianie znajomości w nowych kręgach. Jesteś dorosły. Poznałeś kogoś sławnego. Kogoś bogatego. Kogoś, kto został ministrem lub zamieszkał na drugim końcu świata. Kogoś, kto umarł.
Chciał mi coś pokazać w tym katalogu. Ozdobne zakończenie, starannie wyprofilowany szeryf, w którym można jeszcze rozpoznać ślad rzymskiego dłuta. Nagle zabrakło mu słów. – Ona jest taka, taka – powiedział, a potem dotknął wydrukowanej litery. Nawet nie przesunął po niej palcem. Ledwie musnął. Tak ludzie religijni dotykają relikwii. Dziecko – zabawki zbyt cennej, żeby ją mieć na własność. Tak ptaki głaszcze się lub koty, tak patrzy się na woltyżerki.
Potem, w kolejnych latach, kiedy już się nie widywaliśmy, poznałem wielu dizajnerów. Specjalistów od typografii. Fachowców oddanych swojej robocie. Ale już nigdy nie zobaczyłem, żeby komuś zaparło dech na widok litery. Żeby tak ostrożnie dotykał kartki śmiesznym paluchem ze śladami farby.
W odróżnieniu od innych nauczycieli nie próbował niczego udowadniać. Nie wykładał własnych frustracji. Nie prowadził seminarium z przedmiotu Ja-Mam-Rację-Wszyscy-Inni-Się-Mylą. Nie egzaminował z siebie.
Zawsze trochę nieśmiały. Jakby się obawiał, że nie znajdzie właściwych słów dla przekazania dobrej nowiny. Przecież sam był uczniem. To uczyniło z niego najlepszego nauczyciela, jakiego spotkałem. Może jedynego.
Lubił łacińskie maksymy, uroczystą składnię: Światło dała czarna sadza i podobne rzeczy. Cenił ozdobne bordiury, koronkowe weneckie ornamenty i Oświecenie, chyba.
Kiedyś pokazał mi mały obrazek, czarno-białą grafikę, którą jego ojciec dostał na początku lat 50. za osiągnięcia we współzawodnictwie pracy. Ojciec budował Stare Miasto.
Twierdził, że drukarstwo to szczególny zawód. Jedyne rzemiosło, którym mógł się zajmować szlachcic. Uwierzyłem na słowo, skoro żadnemu z nas i tak nie groziła utrata szlachectwa.
Otaczały go drukarskie sygnety, reprodukcje starych drzeworytów, archaiczne zdania pełne igreków. W drukarni pachniało kurzem, tłustą farbą i rozpuszczalnikiem. Na ścianie wisiała instrukcja BHP. Całkiem jak w warsztacie ślusarskim, gdzieś na Woli czy Pradze.
Zecer, który składał tekst, był bliżej autora niż czytelnik. Zakładając, że w ogóle ktoś czytał bibliofilskie edycje, te ody do typografii na żeberkowym papierze (z pedantyczną notą: wydano w nakładzie stu egzemplarzy ręcznie numerowanych).
Zecernia Drukarni Wydziału Grafiki warszawskiej ASP, wycieczka szkolna, 1992,
zdjęcia ze szczegółowymi podpisami znajdą Państwo pod tekstem, arch. DB
Skan kroniki szkolnej, pobierz PDF
Dawni drukarze potrafili z pańska zmieniać teksty. Wtykać nos w cudze litery. Dorzucać swoje trzy kropki. W zecerni wszyscy stawali się robotnikami, inteligentami, artystami i rzemieślnikami jednocześnie.
Ale w końcu trzeba było wyjść na zewnątrz.
Czcił swojego Profesora, ale nie potrafił się powstrzymać: ze smakiem opowiadał, jak ten półbóg, władca, choleryk, wyruszał na spotkanie z rektorem. Jak nerwowo poprawiał marynarkę, drobił kroki, zanim – skurczony i onieśmielony – stanął przed obliczem sekretarek, u drzwi gabinetu.
Miał enerdowski album o Janie Tschicholdzie. Kartki przeszły zapachem papierosów.
Drukarze doceniali awangardę. Awangardyści doceniali materiał zecerski. Żonglowali liniami, wyłuskiwali tłuste litery, pozwalali im brykać. Uwalniamy literę z linii, z jednego kierunku, pozwalamy jej poruszać się swobodnie (linie są potrzebne tylko w świecie urzędników i domowej korespondencji) – pisał Malewicz, chociaż od prac zecerskich trzymał się daleko.
Wtedy wszyscy próbowali rozebrać świat na części i poukładać na nowo. Pejzaż rozsypywał się na figury geometryczne. Słowa na fonemy. Odkrycie struktury atomu skłoniło Kandinskiego, żeby się zająć sztuką (Nagle runęły solidne filary. Wszystko stało się niepewne, kruche i miękkie. Nie byłbym zdziwiony, gdyby kamień uniósł się w powietrze i rozpuścił w nim).
Drukarze znali ten cykl – składania liter w wyrazy, drukowania i rozsypywania składu. Atomy pisma codziennie wracały do swoich przegródek *Króbek w kasztach – przyp. DB, żeby odrodzić się w kolejnym tekście.
To powinno dać początek jakiejś typograficznej religii. Właściwie czemu nie? Zamieńmy się w czcionki, zamieńmy się w litery. Przecież w coś się musimy zamienić.
Przejście na skład komputerowy usunęło mu grunt spod dłoni. Ale żył jak dawniej. Palił. Nie ulegał złudzeniom co do kapitalizmu i religii państwowej. Raz w roku przysyłał świąteczną kartkę własnego projektu, na której podpisywali się z żoną i wymieniali imiona stada przygarniętych psów.
Po raz ostatni widzieliśmy się na spotkaniu w muzeum drukarstwa * Patrz rozdział Spotkanie w muzeum Drukarstwa – przyp. DB.
Po kolejnych przeprowadzkach muzeum zajmowało niewielki lokal na parterze. Mógłby się tutaj mieścić sklep albo salon telefonii komórkowej. W pomieszczeniu została jedna prasa. Kilka kaszt. Przykładowy skład, zakurzony GREBNETUG do pokazywania szkolnym wycieczkom.
Zeszło się dwadzieścia, może trzydzieści osób. Głównie mężczyźni. W sportowych kurtkach, chociaż nie uprawiali sportów. W rybackich kamizelkach, chociaż się nie wybierali na ryby. W marynarkach z naszytymi łatami. W garniturach. Stawił się właściciel drukarni, grafik, bibliofil, typograf. Wspominali Profesora, oglądali książki i stare druki akcydensowe.
– Profesor zawsze oddawał projekt na papierze – powiedział ktoś, a zebrani zaczęli narzekać na komputery i pliki PDF.
– Ja coś wysyłam, a ta patrzy na telefon i mówi, że niebieski jej się nie podoba. Na telefonie! – poskarżył się mój sąsiad, zirytowany jakimś niedawnym wydarzeniem.
– A pamiętacie, jak Profesor wyklejał makiety?
– Naklejał literę po literze.
– Używał skalpela.
– Nie skalpela, tylko żyletki.
– Właśnie, że skalpela, co ty mówisz. – Do tej pory mam szufladę pełną żyletek. Odżył podczas tego spotkania. Sypał historyjkami. Opowiadał swoją najważniejszą anegdotę. Znów był uczniem technikum poligraficznego. Wyrostkiem wysłanym na praktyki do oficyny. Właśnie zdobył się na odwagę, żeby zadać pytanie. – Przepraszam – naśladował własny młodzieńczy głos – czy mogę użyć tej Perpetui? Profesor spojrzał na niego uważniej, po czym rzucił w przestrzeń: – A ten nawet wie, jak się odmienia Perpetua! – i od tych słów zaczęło się właściwe życie.
Teraz myślę, że Profesorowi wcale nie chodziło o deklinację. Musiał usłyszeć ton, jakim nieznajomy chłopak wymawiał nazwę kroju. Perpetua zabrzmiało jak fragment melodii. Imię dla woltyżerki lub kota.
Pamięci Krzysztofa Jerominka
***
Tekst ukazał się w kwietniu 2019 na łamach Dwutygodnika – największego i najbardziej dostępnego magazynu o kulturze w Polsce, ukazującego się w Internecie od 2009 roku; od 2019 wydawcą Dwutygodnika jest warszawska instytucja samorządowa – Dom Spotkań z Historią
Perpetua [dwutygodnik.com - dostęp 24.10.2022]
Tekst zamieścił też Marcin Wicha w zbiorze niektórych swoich wykładów dla studentek i studentów uczelni artystycznych oraz tekstów o projektowaniu publikowanych w prasie, wydanym przez Wydawnictwo Karakter w 2024 pod tytułem Gościnne występy. Kawałki o projektowaniu
***
Marcin Wicha (ur. 1972 w Warszawie) – polski grafik, eseista i autor książek dla dzieci. Jako grafik projektuje okładki książek, czasopism, plakaty, znaki graficzne. Był przez wiele lat autorem komentarzy rysunkowych w Tygodniku Powszechnym. Współpracuje z Charakterami i Gazetą Wyborczą. Jego teksty ukazywały się między innymi w Autoportrecie, Literaturze na Świecie i Tygodniku Powszechnym.
Laureat Paszportu Polityki za rok 2017 w kategorii: literatura oraz nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia 2018 w kategorii: esej za książkę Rzeczy, których nie wyrzuciłem. Za tę samą książkę w 2018 uzyskał Nagrodę Literacką Nike, Nagrodę Literacką Nike Czytelników i Nagrodę Literacką im. Witolda Gombrowicza. W 2022 nominowany do Nagrody Literackiej Nike za książkę Kierunek zwiedzania, za tę samą książkę otrzymał Nagrodę im. Andrzeja Siemka.
Marcin Wicha [pl.wikipedia.org - dostęp 21.01.2026]
***
Zecernia Drukarni Wydziału Grafiki warszawskiej ASP, wycieczka szkolna, 1992
Witold Kerner rozdał szufle, w tle półka z justunkiem, arch. DB