Roman Nowoszewski
Mistrz
Stary zecer, wiersz Romana Nowoszewskiego dedykowany Jerominkowi, arch. AT
Jest postacią zauważalną – i nie bez powodu. Nawet nieznający go osobiście dostrzegą w grupie krzepką postać niewysokiego brodacza, co stąpa charakterystycznym krokiem, a choć patrzy bystro, zda się być zatopiony w świecie spraw sobie tylko wiadomych. Jego strój codzienny (a i świąteczny) też wyróżnia go z otoczenia: plastyczna swoboda w symbiozie z tumiwisizmem właściwym cyganerii artystycznej. Wygląd nie myli. Odpowiada ekscentryzmowi życia, swobodnemu, nader swobodnemu traktowaniu kolejnych godzin, dni, miesięcy. Idzie w parze z brakiem przywiązania do wartości nazywanych mieszczańskimi: dom, rodzina, stały etat, pensja. Ale wdaj się z nim w dyskusję, może lepiej – w dysputę, a rychło uznasz, że to interlokutor przedni. Jego żywiołem bycie pośród ludzi, swoboda i ekscentryzm, z pociągiem do sztuk pięknych, nauk, estetyki (tak, tak!). No i z pociągiem do... Jak bohema, to bohema!
Pośród tych sztuk/nauk poligrafia zajmuje miejsce naczelne. Skończył Zasadniczą Szkołę Poligraficzną w Warszawie przy ul. Konwiktorskiej i w roku 1971 trafił jako zecer do Doświadczalnej Oficyny Graficznej Pracowni Sztuk Plastycznych w Warszawie. Lepiej trafić nie mógł. A i Oficyna nie mogła zyskać lepszego praktykanta. Pytam dzisiejszego gimnazjalistę, kto to zecer? Wzruszenie ramion, kliknięcie w klawiaturę i na ekranie słownikowy odsyłacz: „zecer patrz składacz”, pod „składacz” zaś definicja: „pracownik drukarni zatrudniony przy maszynowym lub ręcznym składaniu tekstu według rękopisu i przy łamaniu kolumn”.
Tak więc składał adept Krzysztof i łamał, a trafił nie w pierwsze lepsze typograficzne ręce, lecz do samego Leona Urbańskiego. Miał Krzysiu fart, a i profesor Urbański miał szczęście, zyskując takiego ucznia (chyba się zanadto nie zapędzam?). Na początku praktykant zapewne nie zdawał sobie sprawy z łaskawości losu. Docenił to po latach, potwierdzając na piśmie:
Człowiek wielkiej erudycji i poczucia humoru, wielkiej wiedzy fachowej, niebywale pracowity i w pracy swej pedantyczny. A przy tym autokrata, impetyk i choleryk (...). Cechy te spowodowały, że Leon Urbański obdarzony jest czymś w rodzaju twórczej charyzmy i autorytetem pozwalającym wywierać dostrzegalny wpływ na wszystkie niemal wychodzące z Oficyny prace.
To właśnie charyzmatyczny Urbański mógł tchnąć (jak charyzma, to charyzma) w swego zdolnego ucznia szczególnego ducha pracy twórczej: „Sam do swych dzieł – znów cytuję Jerominka – podchodzę z właściwym dystansem, ale praca nad nimi dała mi wiele przyjemności, by nie rzec radości. Tym bardziej, że były (są) przeznaczone w większości dla ludzi mi znajomych, zaprzyjaźnionych i miłych”. Nie można nie dodać, że tak właśnie napisał o ekslibrisach poligraficznych swej roboty, które wykonał dla ludzi... – jak wyżej * patrz rozdział Ekslibisy – przyp. DB.
Jednym z tych ekslibrisów obdarzył Stanisława Jerzego Gruczyńskiego, do którego chodził (ubolewa, że bezowocnie) na seminaria w Instytucie Bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego (1977). Sam uważa ekslibris za niezbyt udany. Znak ten spodobał się jednak doktorowi Gruczyńskiemu. I znów cytat:
Zaprosił mnie do gabinetu – ile płacę? Nic – mówię roztropnie – gdzie mnie teraz o tym myśleć, zaraz sesja... Uśmiechnął się, z biurka wyjął butelkę zacnego koniaku... Bruderszaft i przyjaźń, przerwana jego tragiczną i niewyjaśnioną śmiercią. Lata naszej przyjaźni, długie rozmowy – a był Jurek wielkim erudytą, bibliofilem i znawcą bibliofilstwa (redagował ten dział w Ewok*Encyklopedia wiedzy o książce, Narodowy Zakład im. Ossolińskich, Wrocław 1971 – przyp. AMJ), wesołym kompanem – wspominam jak najcieplej. A ileż to razy ratował mnie we Wrocławiu, a zdarzało się, że i ja jego w Warszawie... Mam powód, by mieć do tych karteczek sentyment osobliwy.
Właśnie, sentyment. Przy wszystkich posiadanych zaletach i przy całym braku innych zalet z pewnością jest Krzysztof sentymentalny. Wyłazi to z niego jak podgrzybek ze ściółki, jak marynowany rydzyk ze słoika. Ba, przy kielichu dzieli się sentymentem z innymi. Ze mną podzielił się przy kaszcie. Gdy na prośbę JZG (niebawem rozwiążemy ten kryptonim) wydrukował w wielkim przede mną sekrecie wierszyk W Aninie, opatrzył go w metryczce etykietką: Wiersz sentymentalny RN dla JZG, składali JG & KJ, a tłoczył PG w Oficynie MKS w Warszawie. Cała ta trójka poligraficzna ukryta za inicjałami (rasowy edytor wysmażyłby tu piękny uczony przypis *Proszę bardzo. RN – Roman Nowoszewski, JZG – Jerzy Zbigniew Golski, JG – Janusz Grzeszek, KJ – Krzysztof Jerominek, PG – niezidetyfikowany przez Krzysztofa Szpindlera i Zbigniewa Skrzypczyńskiego nieetatowy pracownik MKS. Oficyna MKS – drukarnia Małgorzaty i Krzysztofa Szpindlerów – przyp. DB) nieźle wywiązała się ze swej roboty, ale owo „sentymentalny” – to robota Jerominka! Sentymentalny kąśliwiec.
Pisząc o Jerominku, nie sposób nie wspomnieć Jerzego Zbigniewa Golskiego (obiecane, rozwiązane!). Też brodaty, ale nie tak mojżeszowo jak Krzysztof, i dla odmiany szczupły, wysoki, ruchliwy. Para to od lat nierozłączna, choć dusze z dwóch odległych sfer.
Brodaty jak sam Zeus, ale spójrz z ukosa,
Sylwetką przypomina raczej Hefajstosa;
Że w barach mniej szeroki? Toż on nie kowalem,
Nie wali młotem w kuźni. Drukarskie metale
Urzekły go za młodu, tak jęły za serce,
Że oddał się bez reszty niełatwej zecerce.
Ma on swego Polluksa, drugiego brodacza,
Co dyskretną opieką od lat go otacza.
To go karmi, to poi – czasem i herbatą,
Ramię w ramię chadzają i w zimę, i w lato.
Wernisaże, pokazy, odczyty, spotkania,
Często mało w nich treści, choć wiele gadania,
Ci zaś: Kastor i Polluks vel Lelum – Polelum,
Na takie okazyje chodzą od lat wielu,
A ich brody z daleka już dostrzeżesz w tłumie.
Któż dziś bywać tak wszędzie chce, może i umie?
Zwłaszcza Polluks. Szczuplejszy. Szybki jak strzał z bicza.
Że latami dojrzalszy nie poznasz z oblicza,
Ani z oczu, tak bystro strzygących dokoła,
Że każdą tajemnicę w mig prześwietlić zdoła,
Niczym przyrząd szpitalny, rentgenowskim zwany,
Co złamanie pokaże i gruźlicze jamy,
Ułatwiając leczenie. A znałem, jak wiecie,
Dwa przypadki, w oszmiańskim i błońskim powiecie,
Gdzie żył blondyn łysawy, z mowy lekką wadą.
Zdrów na pozór, aż nagle – do łóżka go kładą,
Prześwietliwszy w takowym pudle rentgenowskim
I wysnuwszy ze zdjęcia nader smutne wnioski.
Tu zaś warto przypomnieć, co też dobrze wiecie,
Że Polluks wraz z Elżbietą w otwockim powiecie
Prowadzą dom gościnny, w świecie dobrze znany.
Choć gaj tu nie brzozowy, nie bielone ściany,
Przyjmą cię dobrym śledziem i żytnią schłodzoną,
A więc bywa dostojnych gości liczne grono.
Idąc tropem „dobrego śledzia i...”, dodam, że Krzysztof – bywalec gościnnego domu Elżbiety i Jerzego – od lat czyni JZG uwagę, wciąż tę samą, iż mógłby wreszcie wyzbyć się tych malutkich kieliszków i sprawić sobie nowe, większe.
Kastor i Polluks otrzymali jeszcze jedną ksywkę, zbiorową. Otóż odwiedzili mnie kiedyś obaj porą późnojesienną, a przypadek sprawił, iż przed klatką natknęliśmy się na kolegów mego syna, którzy natychmiast posłali mu esemesem nowinę, że ojciec wszedł do domu z jakimiś dwoma Mikołajami. Syn – notabene Grzegorz Mikołaj – natychmiast sprawdził, ile w tym prawdy. Trzeba było słyszeć ten nasz zgodny rechot...
Poznawaliśmy się z panem Krzysztofem Jerominkiem z ostrożna. Później wydało się wzajemnie, że on miał mnie za „wielkiego Redaktora”, a ja uważałem go za „wielkiego Mistrza”. Gdy już wyszły szydła z worków, zacząłem go tytułować Mistrzu, co z wrodzoną skromnością z miejsca żywo oprotestowywał. Trzeba było kilku lat, by ta żywość zamarła. Dziś – tak podejrzewam – czuje wręcz niedosyt, słysząc, gdy mówię doń po imieniu.
Wiersz sentymentalny to nie jedyna robótka, która wiąże mnie z Mistrzem. Najpoważniejsze były Dedykacje dla Janiny & Konrada Zawadzkich (2002), czyli wybór dwustu bez trzynastu wpisów dedykacyjnych dla obojga małżonków. Wstęp napisał Juliusz Wiktor Gomulicki, pozostający w wieloletniej znajomości z prof. Zawadzkim, nakładcą tego dziełka. Profesor był ciężko chory, więc błagałem Mistrza o dotrzymanie terminu. Nękałem go i osobiście, i telefonami, a on miał problemy z pracownią komputerową i kolejne daty przeciekały przez palce. Wreszcie w pamiętną sobotę, w przeddzień urodzin Profesora, pojechaliśmy obaj raniutko do Łomianek po odbiór nakładu. Pierwszy egzemplarz, który wziąłem do ręki, otworzył się na dedykacji: „Herren Professor Konrad Zawadzki mit herzlichen GrŁssen vom Verfasser” z dziwnym wyrazem „GrŁssen”. Wnet się okazało, że w książce poleciały wszystkie litery z umlautami i inne znaki obcych alfabetów. Mistrz – autentycznie przybity – mamrotał, że konwersja zawiodła, to konwersja... Ano zawiodła. Profesor Zawadzki zmarł w dwa dni później, zdążył jeszcze obdarować tomikiem swych najbliższych.
Przy druczku Małgosi, Ani, Tomaszowi, gospodarzom falenickiej biesiadki bibliofilskiej (2006) Mistrz wytoczył najcięższe działa, by udowodnić wyższość metalowych zszywek nad szyciem nicią. Nie zdołał, skapitulował. Następny druczek – Zaproszenie (2007, dedykowane Zosi Tarnowskiej) – był już klejony. Mistrz zaprojektował też dla mnie trzy karnety z życzeniami noworocznymi. Niewiele brakowało, by jeden z nich dotarł do moich rąk gdzieś w okolicach Trzech Króli. Dzięki zdecydowanej interwencji JZG udało się jakoś wyrwać te pocztówki jeszcze w grudniu i mogłem je zanieść na pocztę w wigilię Wigilii. W zawalaniu terminów Mistrz jest mistrzem nad mistrze. Serce w nim wtedy kamienieje, on zaś głuchnie na amen, nie słyszy błagalnych próśb petentów. Ale bywa serdecznie życzliwy, odwiedza chorego w szpitalu, gawędząc z nim godzinami, więc ten rewanżuje się wierszykiem Stary zecer dedykowanym oczywiście Mistrzowi.
Wiersz Wojciecha Przyłuskiego, bibliofila, uczestnika spotkań organizowanych przez Jerzego Zbigniewa Golskiego w Aninie, a potem w Otwocku
pobierz PDF
Czasem Mistrz zapętla się we własne sprawy. Wyzbywszy się na rzecz piszącego te słowa grafiki Geta Stankiewicza, w czas jakiś później pożycza ją na wystawę prac Geta, nie ujawniając właściciela. To znów zrywa się do wysokiego lotu, wydłubując po bibliotekach materiały do wielkiej pracy o błędach drukarskich. Nie zapomnij, Krzychu, o druczku Michała Hilchena Nowoszewska i idylliczna legenda varsavianistyczna i o erracie do tegoż (sam ją złożyłeś antiquo modo) zatytułowanej Do Białego Kruka prośba:
Gdy nagliły terminy, a moc spraw na głowie,
w dodatku szwankowało me szlachetne zdrowie,
przekazałem korektę w ręce Jerominka,
wiedząc, że Mistrz Poligraf zna się na przecinkach.
Wierząc przecież od dawna w jego doświadczenie,
– Jerzy Golski potwierdzi, jak ja Mistrza cenię –
zachęcałem go słowem i tym, co drukarza
w dobry nastrój wprowadza, a nigdy nie zraża,
a co w kruchych naczyniach z wdzięczną szklaną szyją
transportują, sprzedają, a czasem i piją.
Wiara góry przenosi! A więc zawierzyłem,
lecz teraz, poniewczasie widzę – źle zrobiłem,
bo we wszystkich trzech tekstach hasa stadko bycze,
a bysiów w nich tak wiele, że nawet nie zliczę.
Więc wydziob, Biały Kruku, wszystkie te zakalce,
by mnie żaden bibliofil nie wytykał palcem.
Jest doskonałym rozmówcą, gawędziarzem. Ma też dobre pióro, co udowodnił nie tylko wspominkami o Doświadczalnej Oficynie Drukarskiej (DOG na Saskiej Kępie w Warszawie – wystawa w Bibliotece na Koszykowej i towarzyszący jej katalog nie-katalog), ale i opowieścią o swych ekslibrisach poligraficznych (Akapit 6 * patrz rozdział Ekslibisy – przyp. DB). Tam to między innymi dwie anegdoty o ekslibrisach. Pierwszy – Anny Mieczyńskiej („z którą – wyznał – wiele lat byłem związany”), a ponieważ mawiała do niego Misiu, nawiązał w ekslibrisie do herbu Panna na niedźwiedziu. „Z tym, że niedźwiedzia zastąpił kij, zapewne od miotły”.
Drugi – dla Jerzego Golskiego: „Ćwierć wieku temu ten ekslibris mu obiecałem, a teraz dopiero wydrukowałem – jak to dla przyjaciół. Jest na nim św. Jerzy i wierszyk z Wańkowiczowskiej Karafki la Fontaine’a, ale tłumacząc się wątłą pamięcią – trochę treść nagiąłem do ekslibrisu JZG. W oryginale jest «szwienty Jurgis» – czy to to samo, co Jerzy? Poza tym «koli diabła w dupa», a na chorągwi – w paszczę. Ale o to mniejsza – najczęściej kolił w miejsce właściwe.
Ma dobre pióro, niechby więc spisał anegdoty drukarskie, którymi zabawia nas podczas biesiadek, a w których tak barwnie żyją Leon Urbański, Tadeusz Korobkow, Józef Kot i tylu innych. Niech spisze opowiastki o swych rodzinnych parantelach (po mieczu i po kądzieli), o Hilchenie, Golskim, zwłaszcza zaś wszystkie przypadki Krzysztofa.
Czasem więc zrywa się do wysokiego lotu, wtedy nader często szczyci swą obecnością, by później na długie tygodnie przepaść w odmętach życia. I tak trwa ta nasza znajomość, a czasem i współpraca.
Właśnie odnalazł się i w krótkiej rozmowie na ulicy (byłem umówiony, wybacz, Mistrzu) zaprosił mnie do napisania czegoś w związku z niniejszą wystawą na Koszykowej.
(Tekst napisany do folderku towarzyszącego wystawie Mała typografia Krzysztofa Jerominka w Bibliotece Publicznej m.st. Warszawy przy Koszykowej z okazji 40-lecia jego pracy twórczej w 2011 roku)
***
Roman Nowoszewski – członek Towarzystwa Bibliofilów Polskich w Warszawie, regionalista związany z Błoniem, były wieloletni redaktor naczelny czasopism wydawnictwa Rozrywka. Zbieracz m.in. kalendarzyków listkowych i kopernikanów.
Roman Nowoszewski [pl.wikipedia.org – dostęp 24.10.2022]