Krzysztof Jerominek
Lubiłem tę dłubaninę
(Artykuł ukazał się w Roczniku Towarzystwa Bibliofilów Polskich w Warszawie „Akapit”, nr 6/2011)
Mam pisać o ekslibrisach typograficznych, ale przystępuję do pisania „z pewną taką nieśmiałością”… Jestem bowiem po lekturze artykułu Moniki Wiktor Małe, większe i… najpiękniejsze. O polskich współczesnych ekslibrisach artystycznych, w którym za takowe autorka uznaje wyłącznie wykonane w szlachetnych technikach, czyli małe formy grafiki warsztatowej *Artykuł Moniki Wiktor, powstały w oparciu o jej pracę magisterską na UKSW w Warszawie, pomieszczony został w piśmie „Artifex” (2004, nr 6) – przyp. KJ. Sąd swój wspiera oczywiście opiniami wybitnych znawców przedmiotu. Nie neguję, choć z drugiej strony trudno mi nie zgodzić się z wypowiedzią któregoś z wielkich, Picassa bodajże, że „aby otrzymać dzieło sztuki, wystarczy zaangażować artystę”. Otuchy dodała mi też wypowiedź Joanny Makuch-Folwarskiej we wstępie do katalogu wystawy „Ex libris drukarski” w Warszawskiej Galerii Ekslibrisu (2005): „Prace prezentowane na wystawie wykonano szlachetnymi technikami artystycznymi, są to: drzeworyty, staloryty, miedzioryty i linoryty. Prezentujemy również szlachetną technikę drukarską, jaką jest druk wypukły”. Janusz Mikołaj Szymański (na którego powołuje się często Monika Wiktor) pisał jednak we wstępie do katalogu wystawy „Ekslibrisy z kolekcjonerskiej teki”: „Ekslibris winien być piękny w rysunku i kompozycji oraz spełniać wymagania stawiane tej formie grafiki użytkowej. Stąd ja we współczesnym ekslibrisie widzę przede wszystkim dzieło artysty” *Cytat z Janusza Szymańskiego pochodzi ze wspomnienia pana Grzegorza Matuszaka zamieszczonego w 10 rocznicę śmierci Janusza Mikołaja Szymańskiego („Gazeta Wyborcza” 29 lutego 2008) – przyp. KJ.
Opinie powyższe, oczywiście, przytoczyłem w żartobliwej intencji. Sam do swych „dzieł” podchodzę z właściwym dystansem, ale praca nad nimi dała mi wiele przyjemności, by nie rzec radości. Tym bardziej, że były (są) przeznaczone w większości dla ludzi mi znajomych, zaprzyjaźnionych i miłych.
Ryc.19. Ekslibris Krzysztofa Wyznera (z listkiem figowym), arch. AMJ [↑]
Nim przejdę do rzeczy właściwej, słów kilka o tym, co to jest właściwie ekslibris typograficzny i czy jeszcze jest? Do niedawna nie było problemu: wykonany z materiału zecerskiego – czcionek, linii, ornamentów i wydrukowany w technice typograficznej. Ja jeszcze, biorąc pod uwagę względy historyczne, uważałem, że można bez szkody dla czystości formy używać klisz chemigraficznych. Tak jak już w XVI wieku różnego rodzaju drzeworyty, głównie herby, bordiury, ale też różne zwierzęta, rośliny itp., były traktowane jako materiał zecerski (vide Muczkowski czy Polonia typographica). W XIX wieku drzeworyty sztorcowe były multiplikowane w formie tzw. galwanotypów i oferowane we wzornikach czcionek wielu drukarni. Teraz sprawa się skomplikowała. Nie ma metalowych czcionek – nie ma ekslibrisu typograficznego? Nie jest chyba tak źle. Na komputerze można przecież posługiwać się czcionkami, liniami, obrazkami według klasycznych zasad składu zecerskiego, nie korzystając z komputerowych możliwości manipulacji czy deformacji. Póki jeszcze gdzieniegdzie można, druk na typografii. Ot, i wszystko. Ja w każdym razie tego się trzymam.
Jeśli chodzi o moje ekslibrisy – niewiele ich zrobiłem, ale do każdego podchodziłem ze starannością czy wręcz pietyzmem. Wszystkie, mam nadzieję, znalazły swe właściwe miejsce w książkach. Z niektórymi wiążą się anegdotki.
Pierwszy mój ekslibris to mój ekslibris. Z gryfem drukarskim (zabytkowy galwanotyp), złożony czcionką Minister, odlewu jeszcze przedwojennego (ryc. 1.). Pierwsza moja praca w pierwszej klasie Zasadniczej Szkoły Poligraficznej w Warszawie przy ul. Konwiktorskiej. Oczywiście nielegalna – w owym czasie złożenie nawet takiego drobiazgu bez cenzury było niemal zbrodnią. A ja, zachwycony zecernią i zecerstwem, gdy tylko liznąłem trochę pierwszych podstaw składu – złożyłem. Pochwycony przy odbijaniu i przykładnie ukarany, zyskałem przecież pewne uznanie, a kilka odbitek udało mi się ocalić. To był rok 1968.
Dwa następne swoje ekslibrisy zrobiłem już w Doświadczalnej Oficynie Graficznej Pracowni Sztuk Plastycznych w Warszawie, do której trafiłem jako zecer w roku 1971. Klisza z autoportretem Norwida (ryc. 2.) pochodziła z druku promującego Dzieła wszystkie. Cytatu (bodajże z Quidam) Leon Urbański używał właśnie do dyplomów Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek. Jakoś te rzeczy połączyłem. Drugi ekslibris (ryc. 3.) zrobiłem, bo zachwyciła mnie winietka – oryginalna przedwojenna, z odlewni Jeżyńskiego.
Ekslibrisy dla Stanisława Jerzego Gruczyńskiego mają dla mnie znaczenie szczególne. Trafiłem na jego seminarium w Instytucie Bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego w 1977 roku. Gdy na pierwszym spotkaniu dowiedział się, gdzie pracuję i co robię, poprosił mnie o ekslibris dla jednej ze swych studentek, Marii Czajkowskiej, i przy okazji dla siebie. Dla Czajkowskiej zrobiłem oczywiście z czajką (ryc. 4.), dla niego dwa. Jeden, zgodnie z jego sugestią, można też czytać „sekslibris” (ryc. 5.). Drugi, już wyłącznie mego pomysłu, z diabełkiem zionącym zaklęciem przeciwko złodziejom książek (tu miałem dylemat, czy zniszczyć czcionkę, by zrobić nos i rogi, ale diabeł podszepnął: pro arte…) (ryc. 6.). Do pierwszego ekslibrisu użyłem pięknego ornamentu plantinowskiego. Tylko nasza Oficyna w Polsce go miała, z prywatnych matryc Leona Urbańskiego (to całkiem inna, a piękna historia).
Diabełek niezbyt mi się udał, ale doktorowi Gruczyńskiemu wszystko się bardzo spodobało. Zaprosił mnie do gabinetu – ile płacę? Nic – mówię roztropnie – gdzie mnie teraz o tym myśleć, zaraz sesja… Uśmiechnął się, z biurka wyjął butelkę zacnego koniaku… Bruderszaft i przyjaźń, przerwana jego tragiczną i niewyjaśnioną śmiercią. Lata naszej przyjaźni, długie rozmowy – a był Jurek wielkim erudytą, bibliofilem i znawcą bibliofilstwa (redagował ten dział w Ewok*Encyklopedia wiedzy o książce, Narodowy Zakład im. Ossolińskich, Wrocław 1971 - przyp. red.), wesołym kompanem – wspominam jak najcieplej. A ileż to razy „ratował” mnie we Wrocławiu, a zdarzało się, że i ja jego w Warszawie… Mam powód mieć do tych karteczek sentyment osobliwy.
Przy ekslibrisie Mariana Sztuki, wybitnego grafika i typografa, miałem dylemat jak przy diabełku. Żeby zrobić ptaszysko złowróżbne, trzeba było wykrzyknikowi uciąć kropkę (ryc. 7.). Cóż po wykrzykniku, jak mam ich bez liku – usprawiedliwiałem się i przyciąłem jeszcze nawias na dziób (pożytek chociaż z komputera, że teraz nie ma powodu do takich rozterek). Szubienica ilustruje zaklęcie przeciwko złodziejom książek, urocze. Sam się dziwię, dlaczego później z zaklęć nie korzystałem.
W ekslibrisie dla Kotów (ryc. 8.) po prostu sportretowałem małżonków złączonych (Józef Kot to mój serdeczny kolega z DOG PSP, obecnie właściciel drukarni). Zaprzyjaźnionych ze mną Jakubowskich (ryc. 9.) też sportretowałem, dość wiernie.
Henryk Leczyk to był wielki zecer i wielki elegant. Bibosz (ale tylko trochę, bo Poznaniak), a jednak się obraził za umieszczoną w ekslibrisie (ryc. 10.) inskrypcję. Szybko mu przeszło, darzyliśmy się przyjaźnią. Był wybitnym fachowcem i po Leonie Urbańskim – drugim mym autorytetem i nauczycielem.
Jeszcze jeden mój przyjaciel obraził się za ekslibris – Witek Kerner z drukarni ASP, gdzie razem pracowaliśmy. Zrobiłem dla niego ekslibris „heraldyczny” (ryc. 11.) – tarcza pszczeli plaster, w nim dewiza, w klejnocie pół kozy. Pyta mnie się Witek, co to za symbolika, więc mu tłumaczę: przecież pszczelarstwo to twoje hobby. – No tak, a to „Lucem…”? – Światło dała czarna sadza, o naszej profesji. – A ta koza? – Przecież przymierzasz się do kupna kózki, mówiłeś, że to twoje marzenie. – A on dalej: – A ten hełm? – To twój zakuty łeb, odpowiedziałem zirytowany. – Boże, jak on się zdenerwował. Cisnął mi w twarz ekslibrisy, szpetnymi słowy zelżył. Dopiero po kilku dniach mu przeszło i ekslibrisy przyjął ze stosownymi wyrazami wdzięczności.
Oprócz ekslibrisu Witka Kernera, trzy jeszcze w swoim dorobku uważam za heraldyczne: In memoriam Tadeusz Przypkowski, Anny Mieczyńskiej i Michała Hilchena.
Ekslibris dla Muzeum Przypkowskich robiłem na konkurs (ryc. 12.). Myślę, że herb Radwan dość mi się udał, bo i kolory właściwe, i kartusz niebrzydki, z ulubionego przeze mnie arabeskowego ornamentu. Ale, przyznam się, serce w klejnocie umieściłem z przyczyn koniunkturalnych i wstydzę się tego. Ale może poskutkowało, bo jak mi opowiadał członek jury, Andrzej Szklarczyk, byłem bliski wyróżnienia i tylko zdradzający nieuctwo podział wierszy łacińskich w tym przeszkodził (byłem po ostatnich, zdanych egzaminach z łaciny!) Niemniej zostałem wyróżniony zakupem 300 egzemplarzy do okolicznościowej publikacji. Proszony o umiarkowanie w cenie, ofiarowałem te egzemplarze Muzeum, za co dostałem piękne podziękowanie od Andrzeja Przypkowskiego i równie piękny zestaw druków jędrzejowskich.
Do heraldyki nawiązuje również ekslibris Anny Mieczyńskiej (ryc. 13.), z którą wiele lat byłem związany. Mawiała do mnie (co zresztą dość konwencjonalne) Misiu, więc nawiązałem do herbu Panna na niedźwiedziu. Z tym, że niedźwiedzia zastąpił kij, zapewne od miotły.
Ekslibris dla Michała Hilchena (ryc. 14.) powstał spontanicznie. Robiliśmy na ASP opracowany przez Michała druk na jubileusz prof. Tuszewskiego. Nie szczędził Michał przy tej okazji jadła ni napitku (praca była wycieńczająca), więc postanowiłem mu się odwdzięczyć, choć takim drobiazgiem. „Natchnieniem” była mi anegdota opowiedziana przez Andrzeja Tomaszewskiego, niegdyś Michałowego studenta. Kiedyś w czasie wykładu wysunął się Michałowi spod marynarki krawat z wyhaftowanym herbem Hilchenów, co widząc, jeden ze studentów głośno wyszeptał: panie profesorze, jelita panu wyszły… Werbalny wizerunek herbu w ekslibrisie jest po to, by Jelita dla wszystkich były jasne. Te swoje wytwory pokazałem kiedyś prof. Andrzejowi Ryszkiewiczowi, który miał akurat w Polskim Towarzystwie Heraldycznym wykład o ekslibrisach heraldycznych właśnie, z pytaniem, czy moje za takie mogą uchodzić. Odpowiedział mi, bardzo poważnie, że są to żarty. Tyle to sam wiedziałem…
Równie spontanicznie i szybko, jak ekslibris Michała Hilchena, powstał ekslibris Eli Pokorzyńskiej – w czasie trwania wernisażu w BUW, vis-à-vis ASP. Ela nosiła wtedy inne nazwisko, a ja widocznie jasnowidziałem, bo zrobiłem ekslibris ważny bez względu na okoliczności (ryc. 15.).
Dla nieznanych mi Marty Urbańskiej (ryc. 16.) i Andrzeja Falewicza zrobiłem ekslibrisy z motywami architektonicznymi, zgodnie z sugestiami zleceniodawców. Porządek joński w ekslibrisie pani Marty pokazałem chyba dość wiernie. Tak też sądziłem o zamku gotyckim dla pana Falewicza (ryc. 17.). Umęczyłem się, była to precyzyjna i żmudna robota, a Leon Urbański mnie wykpił, szydził ze mnie i nazwał ignorantem. Istotnie, cegły ułożyłem nie po gotycku.
Również nieznany osobiście jest mi Gary Jaekel. Wiedziałem tylko od zleceniodawcy, że to Holender wesoły. Holendrzy naród morski, zrobiłem więc Neptuna udiablikowanego (diabełek postać dość popularna w ikonografii ekslibrisowej). Listek dałem zachwycony wiadomością, że w Gdańsku przysłonięto listkiem przyrodzenie Neptunowi tamtejszemu (ryc. 18.).
Krzysztof Wyzner to mój przyjaciel. Malarz i grafik, profesor ASP, wysoki i chutliwy – jakoś starałem się to ująć w jego ekslibrisie (ryc. 19.). Profesorem Akademii Sztuk Pięknych jest też Stanisław Wieczorek. Postać bardzo na Akademii popularna, wieloletni dziekan Wydziału Grafiki, obecnie dyrektor instytutu ASP o bardzo poważnej nazwie. W czasie, gdy robiłem jego ekslibris, prowadził pracownię geometrii. Stąd też w ekslibrisie starałem się oddać trudy, ale też przyjemności płynące z geometrii wykładania.
Krzysztof Nowak, kolejny mój kolega z Oficyny, wraz z żoną Darią są spod znaku Ryb. Pierwotnie ryby na ekslibrisie miały być złowione na jeden haczyk, ale zrezygnowałem z przyczyn humanitarnych i osobistych (ryc. 20.). Czuję abominację do łowienia i łowiectwa. Zrobiłem też dwa (na razie!) ekslibrisy „szaradziarskie” (ukłony dla red. R. N.). Ku memu zdumieniu, rozszyfrowanie „kabalistycznego” ekslibrisu BILXE OJSIR paru osobom sprawiło niemałą trudność (ryc. 21.). Nie testowałem jeszcze M. Enia (ryc. 22.).
O Jerzym Zbigniewie Golskim można pisać dużo. Ja jednak napiszę niewiele, bowiem wszyscy go znają (i vice versa, on zna wszystkich). Powiem tylko, że znamy się i przyjaźnimy od ponad ćwierćwiecza, bywałem częstym gościem w jego ukochanej „Aninette”, boleśnie utraconej, ale także pieczołowicie nad Świdrem odtworzonej. I ćwierć wieku temu ten ekslibris mu obiecałem, a teraz dopiero wydrukowałem – jak to dla przyjaciół (ryc. 23.).
Nie jest zbyt oryginalny, ale Zbyszek (tak mówię do niego) ma tak wiele wszechstronnych zainteresowań, że trudno było mi znaleźć jakiś lejtmotyw. Św. Jerzy jest bezpieczny. Wierszyk pochodzi z Karafki la Fontaine’a Wańkowicza, ale – tłumacząc się wątłą pamięcią – trochę treść nagiąłem do ekslibrisu JZG. W oryginale jest „szwienty Jurgis” – czy to to samo, co Jerzy? Poza tym „koli diabła w dupa”, a na chorągwi – w paszczę. Ale o to mniejsza – najczęściej kolił w miejsce właściwe.
Ekslibris Ewy i Mariusza Olszewskich (ryc. 24.), pary poważnych naukowców, uważam za najlepszy w swym dorobku. Ibisy pod względem ornitologicznym są bez zarzutu. Na koniec ekslibris Romana Nowoszewskiego (ryc. 25.). Właściwie to on jest autorem. Wskazał mi, co ma być, ja ze swej strony dałem tylko meander i Clarendon.
***
Jakże ja lubiłem dłubaninę przy tych foremkach typograficznych, tę pracę przypominającą chyba trochę pracę zegarmistrza – niezbędne przyrządy to pęseta, czasem lupa, gilotynka, strugarka prosta i do skosów, pilnik do podpiłowania czcionek, nożyczki do przycinania z papieru spacji o grubości 0,5 i 0,25 punktu (jeden punkt typograficzny to 0,312 mm). Uzbrojony w sztylet zecerski (przez złych ludzi szydłem przezywany) budowałem formę, która sama w sobie była dekoracyjna – złoto linii mosiężnych, metal drukarski w szarościach, od srebra do czerni. Taką rzecz choć w ramę okuj! I okuwano (klinowano), i drukowano na „pedale”. To się nie wróci, ale nieliczne drukarenki typograficzne jeszcze gdzieniegdzie trwają i może trwać będą. Ostatnie moje ekslibrisy (np. dla Krzysztofa Wróblewskiego (ryc. 26.), neurologa i znanego kolekcjonera) to już komputer. Ale obsesyjnie wręcz przestrzegam zasad składu ręcznego (nie tylko przy ekslibrisach zresztą). I tak już zostanie.
Ryc.1. Ekslibris Krzysztofa Jerominka (pierwszy, z gryfem), arch. AMJ [↑]
Ryc. 2. Ekslibris Krzysztofa Jerominka (drugi, z Norwidem), arch. AMJ [↑]
Ryc. 3. Ekslibris Krzysztofa Jerominka (trzeci, z winietką z odlewni Jeżyńskiego), arch. AMJ [↑]
Ryc. 4. Ekslibris Marii Czajkowskiej, studentki Gruczyńskiego, arch. AMJ [↑]
Ryc. 5. Ekslibris Stanisława Jerzego Gruczyńskiego (sexlibris z plantinowskiego ornamentu), arch. AMJ [↑]
Ryc. 6. Ekslibris Stanisława Jerzego Gruczyńskiego (z diabłem), arch. AMJ [↑]
Ryc. 7. Ekslibris Mariana Sztuki (z ptakiem z kropki z wykrzyknika), arch. AMJ [↑]
Ryc. 8. Ekslibris Kotów (Grażyny i Józefa), arch. AMJ [↑]
Ryc. 9. Ekslibris Jakubowkich (Ireny i Piotra), arch. AMJ [↑]
Ryc. 10. Ekslibris Henryka Leczyka (zecera i wielkiego eleganta), arch. AMJ [↑]
Ryc. 11. Ekslibris Witolda Kernera (heraldyczny, z kozą), arch. AMJ [↑]
Ryc. 12. Ekslibris dla Muzeum Przypkowskich (heraldyczny, koniunkturalny), arch. AMJ [↑]
Ryc. 13. Ekslibris Anny Mieczyńskiej (heraldyczny, panna na niedźwiedziu – miotle?), arch. AMJ [↑]
Ryc. 14. Ekslibris Michała Hilchena (heraldyczny, z jelitami), arch. AMJ [↑]
Ryc. 15. Ekslibris Elżbiety Pokorzyńskiej, arch. AMJ [↑]
Ryc. 16. Ekslibris Marty Urbańskiej (z jońskim porządkiem), arch. AMJ [↑]
Ryc. 17. Ekslibris Andrzeja Falewicza (z gotyckim bałaganem), arch. AMJ [↑]
Ryc. 18. Ekslibris Garego Jaekela.(z Neptunem z listkiem figowym), arch. AMJ [↑]
Ryc.19. Ekslibris Krzysztofa Wyznera (z listkiem figowym), arch. AMJ [↑]
Ryc. 20. Ekslibris Darii i Krzysztofa Nowaków (bez haczyka), arch. AMJ [↑]
Ryc. 21. Ekslibris Joanny Kosmalowej (z haczykiem), arch. AMJ [↑]
Ryc. 22. Ekslibris Mieczysława Bielenia, arch. AMJ [↑]
Ryc. 23. Ekslibris Jerzego Zbigniewa Golskiego (z diabłem, dupą i szwientym Jerzym), arch. AMJ [↑]
Ryc. 24. Ekslibris Ewy i Mariusza Olszewskich (z ibrisami), arch. AMJ [↑]
Ryc. 25. Ekslibris Romana Nowoszewskiego Ekslibris Romana Nowoszewskiego, Ekslibris Romana Nowoszewskiego, arch. AMJ [↑]
Ryc. 26. Ekslibris Krzysztofa Wróblewskiego, arch. AMJ [↑]
Ekslibrisy, których Jerominek nie opisał w Akapicie
Ekslibris Magdy Majkowskiej-Cieciury autorstwa Krzysztofa Jerominka To jest moja książka. Kto ją ukradnie, zostanie powieszony, arch. AMJ
Ekslibris Magdy Majkowskiej-Cieciury autorstwa Krzysztofa Jerominka. Miłość do ksiąg nas łączy, arch. AMJ
Ekslibris Mieczysława Bielenia autorstwa Krzysztofa Jerominka z wierszykiem autorstwa Krzysztofa Jerominka, arch. AMJ
Ekslibris Tomasza Marszewskiego, właściciela Antykwariatu - Księgarni TOM przy ul. Żelaznej 91 w Warszawie autorstwa Krzysztofa Jerominka, arch. AMJ
Odwrocie ekslibrisu Wojciecha Kochlewskiego. Informacja tegoż: Gumkoryt. Prezent od Kaspra Świerzowskiego z okazji uroczystego otwarcia biblioteki w Komorowie latem 85 r. Projekt i wykonanie 30 egz. przez Henryka Miedzińskiego. Krzysztof Jerominek wykonał klisze i odbił pierwszy nakład. W roku 94 odbity został drugi nakład, arch. AMJ